sobota, 4 czerwca 2016

Kallos- Algowa maska do włosów -recenzja-

Witam Was!

Moje włosy są dla mnie dużym wyzwaniem i muszę się sporo napracować, aby ogarnąć je na tyle, abym była z nich w miarę zadowolona. Na blogu zajdziecie ostatnią aktualizację dotyczącą moich włosów <TU> , niebawem z pewnością powstanie kolejny taki post. Kosmetyków z tamtego wpisu już nie używam, no oprócz szamponu z Babydream, reszta się zmieniła. I właśnie jedną z takich nowości jest ALGOWA MASKA DO WŁOSÓW- KALLOS, której jest poświęcony dzisiejszy post. Zapraszam!

Maskami marki Kallos zainteresowałam się już jakiś czas temu i już od dawna chciałam którąś zakupić. Ale szczerze mówiąc wybór tych masek jest tak ogromny, że nie wiedziałam na co się zdecydować. Jeszcze jakiś czas temu byłam przekonana, że wciąż jestem posiadaczką włosów wysokoporowatych, jednak od kilku miesięcy zauważam dziwną tendencję, że czym włosy mam dłuższe tym bardziej stają się zdyscyplinowane, i dzisiaj śmiało mogę napisać, że przy długości prawie do pasa moje włosy są średnioporowate, co mnie cieszy niezmiernie! Jednak wciąż potrzebują dużej dawki nawilżenia, bo fakt, że są włosami falowanymi/ kręconymi nie ulega zmianie.

Jakieś dwa miesiące temu uznałam, że w końcu muszę coś zakupić z tej serii Kallosa i docelowo jechałam do drogerii Hebe z zamiarem zakup maski Muliwitaminowej, gdyż wiele osób polecało właśnie ten produkt do takiego rodzaju włosów jak moje. Niestety tej maski nie było już na półkach Hebe, więc dużo nie myśląc wybór padł na tę z algami. Czy wybór był słuszny? Dowiecie się później!

          Informacje ogólne produktu:


  • Nawilżająca maska do włosów/ włosy suche i zniszczone
  • Producent: Kallos
  • Pojemność: 1000 ml.
  • Cena: około 10-12 złotych.

 Skład maski wygląda tak: 

Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Olea Europaea Oil, Parfum, Citric Acid, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Propylene Glycol, Fucus Vesiculosus Extract, Laminaria Digitata Extract, Spirulina Maxima Extract, Porphyra Umbilicalis Extract, Ascophyllum Nodosum Extract, Benzylalcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiaz Olinone.

Ze składu można wywnioskować, że jest to maska emolientowo-humektanowa, gdzie wysoko w składzie mamy oliwę w oliwek, która świetnie sprawdza się przy włosach średnioporowatych, czyli jak najbardziej powinnam być z niej zadowolona. W składzie znajdują się również dwa silikony, glikol propylenowy, a za nim ekstrakt z alg. 

Producent obiecuje nam, że maska nawilży, odbuduje i zregeneruje zniszczone włosy, a po jej zastosowaniu nasze pukle będą jedwabiste i pełne blasku. Oczywiście wiele obietnic i to takich, które chciałabym, aby się spełniły. Jednak wiem, że żaden produkt nie zregeneruje i nie odbuduje  zniszczonych i rozdwojonych włosów!

Sam produkt został zamknięty w wielkim, bo aż litrowym plastikowym opakowaniu, gdzie przy cenie 10-12 złotych za opakowanie to prawie jak za darmo! Zapach maski jest przyjemny i wyczuwalny przez dłużysz czas po zmyciu maski z włosów. Konsystencja budyniowata, gęsta, przez co maska jest bardzo wydajna.


Producent zaleca trzymanie tego produktu na włosach przez 5 minut! Jestem zdania, że to stanowczo za krótko, aby jakakolwiek maska mogła zadziałać. Dlatego ja staram się trzymać ją na głowie 30-40 minut. I stosuję co drugie mycie, a włosy myje 2-3 razy w tygodniu.

Po zastosowaniu tej maski, włosy są miękkie, łatwo się rozczesują, nie są za bardzo obciążone. Jednak zupełnie nie poradziła sobie z okiełznaniem ich puszenia. Rzeczywiście mam wrażenie, że zostały w jakimś tam stopniu nawilżone, jednak nie jest to efekt na którym mi zależało. I nie zależnie od tego, czy trzymałam tę maskę na włosach 5 minut, czy godzinę, i czy użyłam po jej spłukaniu jakiejś odżywki bez spłukiwania, czy też nie, efekt był taki sam. Czyli delikatnie nawilżone i wygładzone, ale wciąż puszące się włosy. Zastanawiam się, czy błędu nie popełniam gdzieś w trakcie samego mycia, chociaż od jakiegoś czasu włosy myję metodą OMO, a co 3 mycie myję całe włosy zwykłym szamponem z SLS- ami. Od zawsze moje włosy były skłonne do puszenia i przesuszeń, a czym były krótsze tym bardziej się kręciły.

Czytając wszystkie pochlebne opinie, miałam nadzieję, na efekt "WOW" po zastosowaniu tej maski! Jednak trochę się zawiodłam.

Raczej Kallos Algae szczerze można polecić osobom z włosami niskoporowatymi, a te które mają włosy średnio, czy wysokoporowate muszą się wspomagać czymś dodatkowym! Bynajmniej ja mam takie odczucia po prawie dwóch miesiącach stosowania tego produktu. 

Podczas kolejnej wizyty w Hebe, będę polować na tę Muliwitaminową, bo jestem ciekawa jaki efekt uzyskam podczas stosowania właśnie tej maski. Zwłaszcza, że wiele osób się nią zachwyca, a skład przemawia na jej korzyść. W dodatku przymierzam się do zabawy z olejem lnianym, więc zobaczymy co z tego wyjdzie i przede wszystkim jaki osiągnę efekt!


Miałyście którąś z tych masek? Dajcie znać, które najbardziej lubicie!? 


Pozdrawiam, 

Żaneta :)

3 komentarze:

  1. Ma całkiem ciekawy skład. Akurat tego wariantu nie próbowałam, ale uwielbiam bananową maseczkę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam tą algową i całkiem fajnie się u mnie sprawdza :) moim ulubieńcem jednak jest Blueberry :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię te maski, ale używam je przed myciem wymieszane z olejem i nałożone na około 2 godziny, a potem dopiero szampon i odżywka. Tej nie miałam, obecnie mam wersję bananową i silk .

    OdpowiedzUsuń